Szalownik z krainy oS


   Gdzieś tam, daleko za tęczą istniała kraina, w której ludzie nie znali barw. Kraina szara, tylko szara, w żadnym stopniu biała, czy czarna. Smutne, prawda ? Wyobraź sobie...

   Krzesimir wyszedł ze swojego domu, który z zewnątrz nawiązywał swym odcieniem do brudnego wapna zaciągniętego smugami niegdysiejszego ciężkiego deszczu, rozciągnął swe siwe ręce, a po jego ramionach spłynęły włosy przywodzące na myśl raczej przybrudzoną strychową pajęczynę, niźli poważną czuprynę sędziwego mędrca. Ostatnia kępka popielatej trawy wyjrzała spod jego buta i zrzuciła z siebie, wyciśniętą niby łzę resztkę rosy. Nijaki wróbel przycupnął na kamieniu i spuścił głowę, chciał coś ćwierknąć, ale zobaczył Krzesimira i jakoś dźwięki uwięzły mu w gardle, rozejrzał się jeszcze i odleciał powoli, dość ociężale w stronę cienistego lasu, zza którego wychylała swe zwaliste oblicze granitowa góra. Starzec otworzył oczy i omiótł powolnym, acz przenikliwym spojrzeniem swą włość. Ziemia skruszała i spękana, domagała się wody, potrzebowała jej o wiele więcej niż mogła dać jej rosa o świcie, a potrzebowała jej tylko po to aby wypuścić swoje bezbarwne pędy, które podążą ku kredowemu słońcu.

   Krzesimir postąpił kilka kroków, napiął w mgnieniu oka wszystkie mięśnie garbiąc się i chyląc ku przodowi, jakby zbierał się do morderczego sprintu, po czym lekko i powoli je rozluźniał i prostował się. Zabieg powtórzył kilkakrotnie, za każdym razem gwałtowny skurcz i delikatne rozluźnienie, by wreszcie wydać z siebie ciężkie, ale niemal bezgłośne westchnięnie. Ręce spuścił po sobie i zdawał się być tylko stojącym opodal kaplicy pomnikiem męczennika. Zamarł w bezruchu i trwał tak dłuższą chwilę. Lecz nagle! Spokój tej chwili został zburzony, bo Krzesimir zwinął się gwałtownie niby kot, dotykając głową do kolan. Ręce które początkowo okalały głowę, zaczęły wędrować ku bokom i rozpościerać się niczym skrzydła złowieszczego ptaka, a Krzesimir powoli stawał na palcach naciągając żylaste łydki. W tym momencie zaczął wydawać z siebie wibrujący, niski i początkowo dość czysty dźwięk, niczym mnich okolony ścianami swej celi, jednak jego głos zaczynał przybierać powoli na sile i zabarwiał się metalicznym brzękiem, gardłową chrypą, był wciąż głośniejszy i głośniejszy, a Krzesimir jął się prostować wraz z podnoszącym się tonem swego krzyku. Gdy stał już wyprostowany, otworzył pospiesznym ruchem powieki i odchylił się do tyłu. Zdało się, jakby jego łopatki napotkały oparcie, ponieważ zawisł w tej nienaturalnej pozycji, a głowę odchylił do tyłu, kierując swój wciąż brzmiący krzyk w niebo. Ramiona wyciągnął przed siebie, jakby chciał objąć kilkusetletni dąb, a jego stopy zaczęły bezwładnie wisieć poniżej łydek. Zaczął podnosić ton swego przeraźliwego jedno-dźwięcznego przemówienia i jednocześnie on sam zaczął się unosić nad ziemię, drżąc i wprawiając w drżenie powietrze i ziemię wokół siebie. Zawisł w tym dźwięku na dłuższą chwilę, z rozpostartymi ramionami. Efekt narastał, a z ziemi podnosiło się coraz więcej pyłu, który kłębił się, tworząc niewielkie różnokształtne, dynamicznie poruszające się tumany, wyglądające jak zawieszona w próżni galaretowata ciecz. Stawały się one coraz większe, by wreszcie połączyć się wokół prowodyra całej sytuacji i stworzyć coś na modłę kokonu. Ten twór pulsował teraz niczym serce, a poza nim powietrze rozdzierane przez krzyk zdawało się być idealnie czyste i klarowne. Nagle nastąpił potężny huk, a pył poddał się sile grawitacji i zaczął swobodnie opadać. Znów było cicho. Nie potrwało to jednak dłużej niż kilka chwil, ponieważ echo huku zaczęło powracać i rozbrzmiewało teraz niczym daleki grom. Powietrze natomiast przeczyściło się na tyle by wśród kurzawy można było dostrzec monumentalną rzeźbę rosłego mężczyzny. Nie był już ani stary, ani wątły, ni mały. Człowiek wielki jak dąb, jak stodoła, potężne nogi wyglądały jak wrośnięte w ziemię, twarde i nieruchome, niczym głaz, kamień, jakby stały tam od zarania. Zwieńczeniem tych menhirów był korpus, który rzeźbą mógłby wprawić w zakłopotanie nie jeden jar, czy kanion. Musiał być rzeźbiony od dekad, od stuleci. Idealny w swej mocarnej budowie, acz oszczędny w wyglądzie i bez zbędnych szczegółów czy ozdób. Stąd silne szerokie bary, wielkie ramiona, aż po palce wyprostowane, rozczapierzone i skierowane twardo w kierunku ziemi. Twarz czysta, bez śladu zarostu, bez skazy, idealnie gładka, niczym niemowlęca, pociągła, zakończona wąską żuchwą. Oczy miał jasne, bliskie bieli, kontrastujące z popielatą krainą, która się w nich odbijała. Zdawać by się mogło, że jednym susem przesadziłby pobliski las i skruszył zaleśną górę, zmiażdżył, rozniósł w pył, ot kiwnięciem. Zmrużył jednak oczy i jeszcze przez chwilę obserwował jak w oddali pył unosi się i opada, tworząc wrażenie uciekającej fali. Uśmiechnął się twardo, unosząc kąciki ust i zbierając brwi po czym rzekł...

gdy gniew się z mirem¹ miejscami zamienią
wzruszą powietrze i zatrzęsą płody
wtem obudzi się siła rozjemcy
i legnie na szale
każdy poczynek skryty oprawcy
ku jego niechwale.


- Tak to, od dziś zowię się Krzesigniew...

¹ - 'mir' - ze słowiańskiego języka staropolskiego oznacza pokój, spokój, dobro.


Darmowy hosting zapewnia PRV.pl : wykrecnumer, lightkey, wspolnota23, djwodzirej, npr-joanna
Dziel sie multimediami na Patrz.pl